Uncategorized

KWIAT PAPROCI 25

Anal

KWIAT PAPROCI 25
– Oto nadszedl ten dzien, – powiedzial D’Oberon. – Dlugo na niego czekales, ale w koncu sie doczekales. Ruszamy na wzgórze.
Stali przy bramie, na zewnatrz osady. Obok czekala grupa galindzkich wojowników, w liczbie piecdziesieciu. Plawecki wprawdzie sie krzywil, ze to za duzo, ale D’Oberon byl nieublagany. Takze Dmusa nalegala, aby ich zabrano. Sama, niestety, nie mogla ruszyc z nimi.
Pare dni wczesniej nabawila sie ciezkiego zatrucia pokarmowego. O ile komus innemu bardzo szybko wyleczylaby taka przypadlosc, to z nia sama bylo jednak inaczej. Silna biegunka, w polaczeniu z goraczka, dreszczami i oslabieniem, nie pozwalala jej sie nalezycie skupic na rzuceniu odpowiedniego zaklecia. Nawet z pomoca Korzenia nie potrafila sie wykurowac. Musiala zostac wiec w osadzie, a z nia pozostawala Zejga, aby sie nia opiekowac. Sama dziewczyna jeszcze za malo potrafila, aby uleczyc babke. A, jak na zlosc, w zapasach kaplanki nie bylo ani odrobiny odpowiedniego leku.
Zejga nie mogla przebolec tego, ze nie mogla wyruszyc z ukochanym. Kiedy o tym zdecydowano, plakala przez cala noc. Nieobecnoscia Zejgi nie martwil sie natomiast Plawecki. Cieszyl sie, ze dziewczyna pozostanie w bezpiecznej osadzie. Absolutnie nie chcial, aby cos jej sie stalo. A teraz tulil ja do siebie, calujac oczy i usta.
– Wolejbym sie nigdy nie rodzila! – wykrztusila dziewczyna, zalana lzami. – Co ja zrobie, jesli ci sie cos stanie? Powinnam jechac z toba!
– Cicho, cicho! – uspokajal ja Plawecki. – Dobrze wiesz, ze tak trzeba. Wiedzma moze tam na nas czekac. A wtedy jak mialbym z nia walczyc, majac ciebie za plecami? Zreszta, musisz z babka zostac. Dobrze to wiesz.
– Wiem ci to, praw jestes – chlipnela. – Ale jesli juz cie wiecej nie ujrze? Nie przezylabym tego!
– Jesli mnie wiecej nie ujrzysz? – zdziwil sie Plawecki.
Przeciez i tak sie juz wiecej nie zobacza. Powinna to dobrze rozumiec. Nie wierzyl, aby az do tego stopnia byla nim zaslepiona. Czyzby cos sie za tym krylo? Zejga chyba tez sie zorientowala, ze powiedziala za duzo. Spojrzala ze strachem na Plaweckiego.
– Puscze go juz – wtracila sie Dmusa. – Im dluzej zwlekasz, tym ciezej ci bedzie.
Spojrzala na Plaweckiego, nie zwracajac uwagi na szlochajaca dziewczyne.
– Zegnaj, przyjacielu. Dales nam nowe zycie.
– Co teraz zrobicie? – spytal. – Gdy Czarnozbrojni juz wam tak nie zagrazaja, zawrzecie pokój z innymi plemionami?
– To nie takie proste, mówilam ci juz – westchnela stara. – Nie wiem, co bedzie. Musimy sie jakos utaic i nie sciagac uwagi na sie. Moze odejdziemy w glab Galindii i polaczymy sie z innymi.
Plawecki podrapal sie po policzku. Skóra swedziala go okropnie. Przed wyruszeniem w droge ogolil sie, po raz pierwszy od tygodni. Sposób golenia sie Galindów pozostawial wiele do zyczenia, wiecej wyrywal wlosów, niz scinal, ale przynajmniej znowu wygladal jak czlowiek.
– Zasymilujcie sie – rzucil.
– Ze co? – otworzyla szeroko oczy kaplanka.
– Udajcie, zescie Slowianami, lub Jacwingami – zaproponowal Plawecki. – Nie, lepiej Slowianami. Przyjmijcie ich mowe, zwyczaje, zamieszkajcie miedzy nimi. A nie musicie przeciez wcale wyrzekac sie z tego powodu swego pochodzenia. Po prostu sie z nim nie obnoscie.
– Chybas oczadzial! – stara spojrzala na niego, jak na szalenca. – Mielibysmy porzucic nasza ziemie? Prochy naszych przodków? Nigdy! Nawet… aaaa!
Dmusa zgiela sie raptem wpól, chwytajac sie za brzuch.
– Zejga, dziecko! – zaskrzeczala. – Na strone mnie prowadz, a zywo!
Zejga wziela ja pod ramie i poprowadzila pomiedzy chaty, ogladajac sie wciaz na Plaweckiego. Wkrótce zniknela mu z oczu. Jednak, choc o tym nie wiedzial, nie bylo to wcale ich ostatnie spotkanie.
Dosiadl konia i pognal za reszta. Pozostali bowiem nie czekali na niego, lecz ruszyli w droge, zdopingowani przez Józefine, która miala dosc patrzenia na ckliwe pozegnanie.
Z calej grupy, tylko D’Oberon, z Plaweckim i Pustólecka, jechali konno. Wojownicy szli pieszo. Rykiel i Troczek, którzy ruszyli pare godzin wczesniej z kilkoma zwiadowcami, takze nie brali koni. Dodatkowo prowadzili ze soba luzaka, objuczonego szescioma sporymi beczulkami. Byl to owoc wielodniowych prac Francuza i Pustóleckiej. I ich jedyna nadzieja na powrót.
*
– Pani! Wyruszyli! Wkrótce tu beda.
– Dobrze. Pilnujcie ich i donoscie o kazdym kroku!
– Tak, pani!
*
I oto byli z powrotem na wzgórzu. W pierwszym dniu pelni. W miejscu, gdzie wszystko sie zaczelo. Podczas gdy inni zaczeli rozbijac obóz na skraju polany, Plawecki z Pustólecka w milczeniu rozgladali sie dookola.
Oto te same stare, omszale glazy, otaczajace polane. Oto ten sam wielki, plaski kamien, lezacy na jej srodku. Róznica byla taka, ze glazy nie byly juz umazane zaschnieta krwia, a wokól kamienia nie lezaly sterty glów. Wszystko zostalo uprzatniete. Jedynie, okalajace wszystko, stare drzewa sie nie zmienily.
Pustólecka uniosla glowe i rozejrzala sie po drzewach. Jednak nic nie zauwazyla. Nie zrazila sie tym jednak. Wiedziala, ze ptaszyska, które widziala tu wczesniej, trudno zauwazyc. Wiedziala, ze gdzies tu sa i ich obserwuja. Ja obserwuja! Nie dawalo jej to spokoju. Nie cierpiala rzeczy, na które nie miala zadnego wplywu. Tak jak teraz. Odwrócila sie do Plaweckiego i wtedy, gdzies w lesie, wrzasnal puchacz. Podskoczyla, a po plecach przebiegl jej lodowaty dreszcz. Zaklela paskudnie pod nosem.
Plawecki nie zwrócil na to uwagi. Wciaz powtarzal w myslach wszystko to, co powiedziala mu Dmusa. Po pierwsze, pelnia trwala trzy dni, wiec mieli tylko trzy dni czasu. Po d**gie, ksiezyc musial byc bezwarunkowo widoczny. Po trzecie, powrót byl mozliwy dopiero po pólnocy. A po czwarte, musieli wrócic tak samo nadzy, jak tu przybyli.
O ile z nagoscia nie widzial zadnych problemów, to sprawa pogody wygladala zupelnie inaczej. Od rana sie chmurzylo. Podejrzewal nawet, ze wieczorem spadnie deszcz. Mieli wprawdzie trzy dni czasu, jednak w tym przypadku moglo sie to okazac zdecydowanie za malo.
Rozmyslania przerwal mu D’Oberon.
– Gdzie postawic beczki,
– Beczki? – nie zrozumial Plawecki.
– – potwierdzil Francuz. – Musza stac w tym mniej wiecej miejscu, gdzie doszlo do tej waszej eksplozji.
– Czekaj no… – zastanowil sie Plawecki.
Rozejrzal sie dookola. Tak, w tym miejscu sie obudzili. A wybuch… Wybuch rzucil ich tu z tego miejsca… A wiec ognisko powinno byc…
– Tutaj! – stwierdzil. – To powinno byc tutaj.
– Pewien jestes? – upewnial sie D’Oberon. – To wazne jest.
– Tak, jestem pewien. Zreszta…
Podszedl do Józefiny i poinformowal ja o wszystkim. Ta, po glebokim namysle, potwierdzila wybór miejsca. Ludzie, pod kierunkiem Francuza, zaczeli ustawiac beczki we wskazanym miejscu, a Plawecki skarcil sie w duchu. Kompletnie zapomnial o tym szczególe. Gdyby nie Francuz, w kluczowym momencie cala operacja moglaby zawiesc. Usilnie teraz zaczal myslec, czy nie zapomnial jeszcze o czyms. Nic mu jednak nie przychodzilo do glowy.
Francuz, po ustawieniu beczek, zajal sie rozmowa z synem. Rykiel, jak sie okazalo, przebadal okolice wzgórza i natrafil na starannie zatarte tropy. Bylo wiecej, niz pewne, ze ludzie Dragisy byli tutaj. Byli i obserwowali ich. D’Oberon natychmiast otoczyl wzgórze gesta siecia strazy.
Pustólecka natomiast nie przejmowala sie pozornie niczym. Rozlozyla sie wygodnie w szalasie na skórze, która podscielil jej jeden w wojów, z mocnym postanowieniem slodkiej drzemki. Byla zmeczona parodniowa wedrówka. A cala sprawe powrotu zostawila Plaweckiemu. On i stary Francuz wszystkim sie zajeli, nie widziala wiec potrzeby zawracania sobie glowy detalami. Zalezalo jej, oczywiscie, na powrocie, ale widzac pogode, wpadla swoim zwyczajem w zly humor. Przewidywala najgorsze. Teraz wiec, obrazona na caly swiat, zwinela sie w klebek i starala usnac.
Bezskutecznie. Rozlozeni w poblizu galindzcy wojownicy, bez przerwy gadali, nie dajac jej zasnac. Potem rozpadalo sie i juz bylo wiadomo, ze pierwsza noc zakonczy sie niepowodzeniem. Dach szalasu zaczal przeciekac i woda strumieniami lala sie na glowe Pustóleckiej. Zgrzytajac zebami, nakryla sie skóra, jednak ta po pewnym czasie nasiakla woda i przestala ja chronic przed czymkolwiek. Mokra i zakatarzona, przesiedziala tak do rana.
D’Oberon natychmiast zapedzil, wolnych od warty wojowników, do ochrony prochu. Przykrywali beczki skórami i regularnie je zmieniali, gdy któras przesiaknela woda. Francuz spogladal z niepokojem w niebo, klal ile wlazlo i strofowal ludzi, gdy tylko wydawalo mu sie, ze którys zaniedbywal swoja robote. Uspokoil sie dopiero, gdy przestalo padac.
d**ga noc, tez musieli spisac na straty. Deszcz wprawdzie juz nie padal, ale chmury zaciagnely niebo wystarczajaco gesto, by darowac sobie wszelkie próby powrotu. Ksiezyc nie pokazal sie ani razu. Za to nastepnego dnia z samego rana wyszlo slonce. I wszystko wskazywalo na to, ze ta ostatnia noc bedzie w koncu widna.
*
– Pogoda sie poprawila, pani. Dzisiaj na pewno spróbuja.
– Nie obawiaj sie. Pogoda nic im nie da. Wystarczy, ze nie beda widzieli ksiezyca.
– Jakze to?!
– Niewazne. Trzymaj ludzi w pogotowiu. A reszta juz ja sie zajme.
*
W powietrzu wyczuwalo sie napiecie. Wszyscy byli zdenerwowani. Tak dlugo przeciez czekali na ten wieczór.Teraz, gdy juz nadszedl, nie mogli oprzec sie wrazeniu, ze cos sie wydarzy. Zarówno Plawecki, Pustólecka, czy D’Oberon, jak i zwykli woje.
D’Oberon podwoil straze wokól wzgórza. Potem sprawdzil stan prochu. Nie byl zadowolony. Wczesniejsza ulewa nie zamoczyla go wprawdzie, jednak panujaca w powietrzu wilgoc nie wplynela korzystnie na jego jakosc. Kazal rozpalic w poblizu beczek male ognisko, jednak tu wystapil problem z opalem. Wilgotne drzewo za nic nie chcialo sie dobrze palic, musial wiec niechetnie posypac je odrobina prochu. Dopiero wtedy udalo im sie rozpalic ogien. Zaraz tez ulozyli w poblizu zebrany opal, aby troche przesechl.
Plawecki to pomagal Francuzowi, to sprawdzal straze. Czasem klócil sie z Pustólecka. Nie mogac znalezc sobie zajecia, platala sie innym pod nogami, bardziej drazliwa niz wszyscy pozostali razem wzieci. Czepiala sie wszystkich o byle co, podnoszac, i bez tego napieta, atmosfere.
A gdy nadszedl wieczór, okazalo sie, ze przeczucia ich wszystkich okazaly sie nader trafne.
*
– Mgla? – mruknal D’Oberon. –
– Dlaczego? – spytala Pustólecka.
– Jestesmy na wzgórzu – wyjasnil jej Plawecki. – Mgla nie powinna pojawic sie tak wysoko. Co innego u podnóza.
Z niepokojem obserwowali zachodzace zjawisko. Tumany mgly wysuwaly sie spomiedzy drzew i pelzly po trawie, pokrywajac wszystko nieprzeniknionym, bialym kozuchem. Co ciekawe, mgla wchodzila na polane tylko z jednej strony. Niektóre tumany szly wprost na nich, inne przesuwaly sie skrajem, wzdluz drzew, otaczajac ich z boków. Zupelnie, jakby zyly wlasnym zyciem.
– Dorzuccie drew do ognia! – zawolal Francuz.
Wojownicy spelnili jego rozkaz. Ognisko zaplonelo przez chwile zywiej, ale zaraz przygaslo. Albo po prostu bylo poprzez mgle mniej widoczne.
– Czujecie?! – pociagnal nosem Rykiel. – Ta mgla zgnilizna zalatuje!
– Faktycznie! – stwierdzila Pustólecka. – Jakby padlina gdzies w krzakach lezala.
– A skad by sie tu wziela? – D’Oberon spojrzal na nia z politowaniem.
– No przeciez jakis drapieznik mógl upolowac zwierzyne i zostawic w krzakach…
– I do tej pory bysmy tego nie zauwazyli? – Plawecki poparl D’Oberona. – Nie wyczuli?
Pustólecka zaczerwienila sie jak sztubak.
– Rozejrze sie, ojcze! – zadecydowal Rykiel. – Chodz, Troczek!
Olbrzym zamruczal i obaj znikneli we mgle.
– Straze! – wrzasnal D’Oberon. – Wszyscy na polane! Do kupy! Kupy sie trzymac i nie rozchodzic!
Odwrócil sie do Plaweckiego.
– Lepiej, aby razem sie trzymac, mon ami. Jesli ta mgla to sztuczka Dragisy, moze próbowac pojedynczo nas powybierac.
– A mgla? – spytala Pustólecka. – Mamy tak czekac, nie wiadomo na co?! To jest ostatnia noc!
– Gdyby zginela, mgla by sie pewnie rozproszyla – rozwazal Plawecki. – Ale przeciez nie bedziemy jej szukac w takich warunkach! To nie ma sensu!
– Nic nie mozemy zrobic – mruknal Francuz. – Mozemy tylko czekac.
Zamilkli. Wsciekly Plawecki zul przeklenstwa. Tyle zachodu na nic! Cala ta walka z Kusajem i Czarnozbrojnymi, ratowanie Pustóleckiej, Kwiatu. Tyle wlozyl w to wysilku. Tyle potu i krwi. Wszystko na darmo. Wszystko teraz mialo byc zaprzepaszczone, przez jedna, zadna zemsty, wiedzme. Dobrze chociaz, ze za Korzeniem nie musial sie uganiac. Wyjal go z zanadrza i zaczal sie nim bawic, podrzucajac w rece. Jesli sie nie uda i zmuszeni beda tu pozostac, na pewno jego moce wielokrotnie sie przydadza. A moze z jego pomoca uda sie im przy okazji dopasc te wiedzme? Powinno sie ja spalic na stosie! Jakze bardzo by chcial, aby ta mgla przepadla na zawsze!
Nieoczekiwanie Korzen w jego rece rozjarzyl sie swiatlem. Tym razem seledynowym. A po jego powierzchni zaczely przebiegac drobne, elektryczne wyladowania. O dziwo, nie sprawialy mu one zadnego bólu. Czul jedynie lekkie mrowienie. Scisnal go mocniej i uniósl bezwiednie w góre. Korzen zaczal lsnic, a wokól rozeszla sie, doskonale slyszalna, dziwna melodia.
Pozostali zauwazyli co sie dzieje. Wojowie otworzyli szeroko oczy, szepcac cos miedzy soba. D’Oberonowi oklapla szczeka. Za to Pustólecka nie bylaby soba, gdyby nie spróbowala zbadac tego blizej.
– Co robisz?! – podeszla blizej. – Pokaz!
Wyciagnela reke po Korzen.
– – krzyknal Francuz.
Za pózno. Gdy tylko dotknela Korzenia, blysnelo z hukiem i Józefina poleciala z piskiem kilka metrów dalej. Przekoziolkowala w powietrzu i klapnela z rozmachem na tylek przy samym ognisku. Wojownicy cofneli sie z gluchym pomrukiem.
Cofnela sie tez mgla. Najpierw niesmialo, a potem, w miare jak Korzen lsnil i iskrzyl mocniej, coraz dalej i szybciej. Powietrze wokól niego na powrót stalo sie przejrzyste. Mgla wysuwala jeszcze tu i ówdzie swoje macki, jakby badajac okolice, ale w tym momencie wkroczyl D’Oberon.
– Nie przestawaj! – wrzasnal. – Cokolwiek robisz, rób to dalej!
Plawecki przymknal oczy i mocniej zacisnal dlon na Korzeniu. Nasilila sie dziwna melodia, wwiercajac sie gleboko w mózgi. Nasililo sie swiatlo, rozjasniajac niemal cala polane. Z Korzenia trysnal snop jasnych iskier, rozpryskujac sie po okolicznych drzewach. Drzewa natychmiast takze sie roziskrzyly, iskry wyladowan zaczely przebiegac pomiedzy nimi, a mgla poczela znikac w blyskawicznym tempie. Po chwili juz nie bylo po niej sladu. Korzen przygasl, a w górze, na niebie, znowu bylo widac gwiazdy. I ksiezyc. Plomienie ogniska ponownie strzelily w góre, odbijajac sie w mieczach, toporach i guziku Francuza.
Wojownicy wrzasneli triumfalnie. D’Oberon poskoczyl do Plaweckiego.
– Udalo ci sie, – zakrzyknal. – Mgla zniknela! Jakes tego dokonal?!
– Pojecia nie mam – wyznal Plawecki. – Nic nie robilem, to Korzen sam…
– Niewazne! – ekscytowal sie D’Oberon. – Teraz mozemy przeprowadzic wszystko do konca. Pólnoc zaniedlugo. Szykujcie sie!
*
Dragisa syknela wsciekle. Jej czar zostal rozproszony. Ale jak?! Stara kaplanka zostala przeciez w osadzie, doniesli jej o tym szpiedzy. Na wzgórzu nie bylo nikogo, kto by sie znal na magii. Chyba ze… Chyba ze to ta kobieta Przybysza… Tak, to na pewno ona! Zaplaci za to!
Teraz jednak nie bylo chwili do stracenia! Bylo zbyt malo czasu na rzucenie kolejnego czaru. Musiala dzialac i to natychmiast.
– Rygor! – warknela.
– Tak, pani? – natychmiast pojawil sie obok niej.
– Ruszamy!
– Nie ma jeszcze wszystkich zwiadowców, pani, nie wrócili.
– Nie bedziemy na nich czekac! Naprzód!
*
Podeszli do Józefiny, nadal siedzacej przy ognisku. Byla oszolomiona, a jej wlosy sterczaly we wszystkich mozliwych kierunkach, sztywne, jak drut.
– W porzadku? – spytal Plawecki, nachylajac sie nad nia.
– Eee…, co sie stalo? – wyjakala.
– Pozbylismy sie mgly – wyjasnil, nie wdajac sie w szczególy, D’Oberon. – Teraz, , szykuj sie do powrotu.
Francuz obrzucil Józefine niechetnym spojrzeniem. W ostatnich dniach czesto obserwowal ja ukradkiem. Wnioski, do jakich doszedl, nie byly budujace.
– Doprowadz sie do porzadku – usmiechnal sie Plawecki. – A przede wszystkim uczesz wlosy.
– Moje wlosy? – mruknela. – A co z nimi nie tak?
Dotknela wlosów i w tej sekundzie ogluszyl ich przerazliwy pisk. Dopiero po chwili zdali sobie sprawe, ze to ona.
– Moje wlosy! – zawyla. – Co sie stalo z moimi wlosami?!
Plawecki parsknal smiechem, co tylko rozjuszylo Józefine.
– To twoja wina! – wrzasnela. – Ty mi to zrobiles!
– Sama to sobie zrobilas, – przerwal jej Francuz. – Nie trzeba bylo dotykac Korzenia!
– Doprowadz sie do porzadku – powtórzyl Plawecki. – Wkrótce wracamy.
Zamknal tym usta Józefinie. Ze wszystkich sil zaczela na nowo ukladac wlosy. Nie mogla sie przeciez tak pokazac po powrocie!
D’Oberon tymczasem zaczal usypywac cienka struzke prochu, ciagnaca sie od beczek. Spojrzal krytycznie na dlugosc i skinal glowa. Powinno wystarczyc, aby po podpaleniu oddalic sie na bezpieczna odleglosc. Ale na wszelki wypadek przedluzy ja jeszcze troche.
Plawecki rozejrzal sie. Wojownicy stali w luznych grupkach, rozmawiajac. Nikt nie obserwowal lasu, nikt nie pilnowal obozu. Po rozproszeniu mgly wkradlo sie zupelne rozprzezenie. A przeciez wlasnie teraz Dragisa mogla zaatakowac!
– Hej, ruszcie sie! – wrzasnal. – Straze na miejsce i czuj-duch!
Poruszyli sie niemrawo. Czesc zbila sie w grupe, oslaniajac sie tarczami, czesc ruszyla w strone puszczy. Którys kaszlnal, potknal sie i runal prosto na D’Oberona, rozsypujac mu proch.
– – zaklal Francuz. – Uwazaj, co robi…
D’Oberon urwal w pól slowa. Z karku wojownika sterczala strzala. Nim zdazyl krzyknac, spomiedzy drzew sypnely sie nastepne strzaly.
Kilkunastu Galindów padlo natychmiast, zabitych i rannych. Pozostali przystaneli zdetonowani, oslaniajac sie tarczami. I wtedy sposród drzew wypadli z dzikim wrzaskiem Czarnozbrojni. Na ich widok galindzcy wojownicy zawyli i rzucili sie im naprzeciw.
D’Oberon zaklal. Galindowie od poczatku byli na straconej pozycji. Sily przeciwników, po salwie strzal byly mniej wiecej wyrównane, a skoro tak, to wygrac mogli jedynie Czarnozbrojni. Byli silniejsi, bardziej zawzieci i wyszkoleni, nie wspominajac o lepszym uzbrojeniu. W walce jeden na jednego mieli ogromna przewage. Do tego Galindowie walczyli w rozproszeniu, posluszni co do jednego odwiecznej zadzy walki bez zadnych ograniczen taktycznych. Mógl jedynie spróbowac zorganizowac obrone i dac czas Plaweckiemu na ucieczke z Józefina.
– – krzyknal. – Gdy ksiezyc zrówna sie z tamtym drzewem, podpalaj!
Wskazal na rosly dab i ruszyl w strone walczacych. Po paru krokach droge zagrodzil mu jednak rosly wojownik, w barwionej na czarno skórzni.
– A ty dokad, starcze? – spytal. – Nie odchodz jeszcze, mamy sprawe do zalatwienia.
– Rygor! – wykrztusil stary.
Rygor usmiechnal sie paskudnie.
– Witaj, ojcze.
*
Od wzgórza dolecial ich szczek broni i bojowe wrzaski. Rykiel poderwal glowe.
– Ojciec! – wyszeptal. – Ojciec jest w niebezpieczenstwie! Wracajmy, szybko!
Troczek mruknal potwierdzajaco i scisnal mocniej swoja maczuge. Pomkneli.
*
– Rygor! – powtórzyl D’Oberon. – Nie myslalem, ze cie jeszcze ujrze.
– Wolalbys mnie widziec martwym, wiem – usmiechnal sie zimno Rygor. – Czy tak sie traktuje wlasnego syna?
– Zawsze miales sklonnosci do przemocy – stwierdzil D’Oberon. – Kochalem cie, wiesz o tym dobrze. Przestales byc moim synem, gdys sam do nich przystapil. Twoja dusza jest zatruta. A zdradzajac nas, zabiles tez wlasna matke.
Rygor pobladl zauwazalnie.
– Matka byla chora i slaba – wykrztusil. – Ale ja jestem silny. I zaraz ci to udowodnie. Stawaj!
Wydobyl miecz. D’Oberon dobyl swego palasza. Szczeknely ostrza.
Plawecki ze zdumieniem sluchal ich rozmowy. Byl tak zszokowany, ze nie zwracal w pierwszej chwili uwagi na walke swoich wojowników. A wiec D’Oberon mial jeszcze jednego syna. To wlasnie mial na mysli, mówiac kiedys o rzeczach gorszych od samej smierci. Zdrada wlasnego syna musiala byc dla niego czyms takim wlasnie.
Otrzasnal sie. Francuz walczyl z synem i pomoc nie byla mu potrzebna, ale za to pomocy potrzebowali wojownicy. Czarnozbrojni kladli ich gesto trupem, choc i sami padali licznie. Którys z napastników przedarl sie i skoczyl na Plaweckiego, ale ten bez trudu go scial. Choc byl bez zbroi, to ciagle mial przy sobie miecz i tarcze Kusaja.
Nie! Nie mógl im pomóc. Musial czekac na sprzyjajacy moment, by opuscic te szalone czasy i wrócic do domu. Ale czy mógl porzucic na smierc tych ludzi? Ludzi, którzy w ciagu ostatnich dni stali sie mu tak bliscy? Wiec co ma zrobic? Zostac?! Zostac i juz nigdy nie zobaczyc Hanki? Wiedzial, oczywiscie, ze na pewno by zrozumiala jego decyzje, ale… Tych “ale” bylo az za duzo.
Patrzyl bezsilnie, jak jego wojownicy padaja jeden po d**gim. Znal ich niemal wszystkich. Spedzili razem te pare tygodni na bitwach i mógl nazwac po imieniu kazdego z nich. Nie, nie mógl ich tak zostawic! Musial im pomóc! Nawet, jesli to oznaczalo, ze nigdy juz nie zobaczy Hanki.
Odwrócil sie do Pustóleckiej. Stala tuz za nim, spieta, jak przyczajony kot. Na jej twarzy nie widzial ani cienia strachu.
– Zostan tu! I pilnuj tego!
Rzucil jej Korzen i ruszyl biegiem ku walczacym.
– Do kupy! Do kupy i tarcze razem! – zawolal.
Po paru krokach jednak, okropny smród niemal wtloczyl go w ziemie. Pochylil sie, omal nie wymiotujac. Co sie dzieje?! Znowu mgla? Rozejrzal sie. Widzial, ze Pustólecka tez sie krztusi, oslaniajac twarz dlonia. Ojciec i syn nadal walczyli ze soba, nie zwazajac na nic. Wojownicy natomiast uslyszeli jego wolanie. Natychmiast odzyly im w pamieci nauki Plaweckiego. Ich niedobitki zbily sie w krag, osloniety tarczami i coraz skuteczniej odpierali ataki Czarnozbrojnych. Smród nasilil sie jeszcze bardziej, a za plecami Plawecki wyczul jakis ruch. Odwrócil sie i zmartwial.
Za nim stalo odrazajace stworzenie, o ludzkich ksztaltach. W swietle ksiezyca i ogniska widzial wyraznie jakiegos obrzydliwego stwora. Z trudem dotarlo do niego, ze jest to Dragisa. Lecz jakze odmieniona! Z pieknej, kuszacej kobiety nie pozostalo niemal nic. Ropnie i wrzody pokrywaly juz cale jej cialo. Z wielu miejsc w skórze wylazily robaki. Skóra, o zielonkawym zabarwieniu, odpadala calymi platami, odslaniajac gnijace cialo i kolejne rojowiska robaków. Byla naga, nawet bez przepaski, lecz nikt przy zdrowych zmyslach nie podniecilby sie ta nagoscia. Piersi wisialy jej niemal do pasa, saczac z brodawek zielonkawa, ropopodobna, ciecz. Efektu wcale nie poprawial wiszacy, pomiedzy nimi, piekny ametyst. Podobna ciecz saczyla sie jej spomiedzy nóg. Z boku uslyszal odglosy torsji. To Józefina dawala upust swemu obrzydzeniu.
Jedynym normalnym fragmentem zostala lewa czesc twarzy. Tu tez ocalal pek jej wlosów, dlugich i lsniacych. Reszta krostowatej czaszki byla lysa i pozbawiona uszu. Takze lewe oko wygladalo normalnie. Za to d**gie oko zwisalo do polowy gnijacego policzka na czyms, w rodzaju szypulki. Co sie z nia moglo stac? Czy to mozliwe, aby trucizna, zadana jej przez D’Oberona, tak na nia podzialala?
– Spotkalismy sie znowu! – wysyczala chrapliwie. – Teraz mi za wszystko zaplacisz! Ale najpierw oddasz mi Korzen!
Korzen? No tak! Teraz wszystko stalo sie jasne. Potrzebowala Korzenia, aby sie uzdrowic. Niedoczekanie!
– Nigdy go nie dostaniesz! – warknal.
Zabrzmialo to malo bohatersko, jako ze wciaz krztusil sie bijacym od wiedzmy smrodem. Ta tylko wyszczerzyla w upiornym usmiechu nieliczne zeby.
– Sama go sobie wezme z twojego trupa. A nie! Sam mi go oddasz, i to z poklonem. Gdy juz uznasz we mnie swoja pania…
– Nigdy! – wykrztusil.
– Bedziesz mi sluzyl i wielbil mnie, zobaczysz.
Zasmiala sie ponownie. Jej zdrowe oko rozjarzylo sie i poczul, jak nogi wrastaja mu ziemie, a cialo ogarnia dziwny bezwlad. Tylko nie to! Obezwladnila go, dokladnie tak, jak wtedy na placu. I nie bylo tu Dmusy, która by go uratowala. Nie mógl liczyc, ani na siebie, ani na Pustólecka, która wciaz wstrzasaly torsje. Wojownicy zas wciaz byli zajeci walka.
Ale mógl liczyc na D’Oberona. Stary kirasjer, widzac co sie dzieje, postanowil zakonczyc walke z synem. Mimo swego kalectwa, mial nad nim ogromna przewage doswiadczenia i umiejetnosci szermierczych. Do tej pory odruchowo go oszczedzal, ale teraz przestal sie wahac. Kawaleryjski palasz Francuza zatoczyl luk i uderzyl w miecz Rygora, wytracajac mu go z reki. Ten zaklal straszliwie. Siegnal po sztylet, ale Francuz cial ponownie. Rygor, z gleboka rana w barku, zwalil sie na ziemie.
Nie ogladajac sie na rannego syna, D’Oberon skoczyl na Dragise. Skoczyl na tyle, na ile pozwalalo mu jego kolano. Czyli niewiele. Dragisa miala sie na bacznosci i nogi Francuza natychmiast wrosly w ziemie, jak u Plaweckiego. Oczy wiedzmy, tak zdrowe, jak i to wypadajace, rozjarzyly sie triumfalnie.
– Tyyy… – zasyczala. – To ty mnie zatrules. Popatrz tylko, co mi zrobiles! Teraz za to zaplacisz!
Jej dlon okryla sie ametystowym plomieniem. Ruszyla powoli w kierunku Francuza. Plawecki ze wszystkich sil staral sie uwolnic. Widzial, ze D’Oberon tez walczy. Na prózno. Obaj nie byli w stanie sie ruszyc. Rygor powstal z trudem, trzymajac sie za bark, zblizyl sie i patrzyl to na ojca, to na Dragise.
Wiedzma podeszla blizej do Francuza, a plomien otaczajacy jej dlon rozjarzyl sie oslepiajaco.
– Gin! – wychrypiala.
– Nie!
Gdy Dragisa uderzyla D’Oberona, pomiedzy nich, w ostatniej chwili, skoczyl Rygor. Ametystowy plomien z hukiem eksplodowal na jego piersi i rzucil go w tyl. Rygor runal prosto na ojca i razem padli na ziemie.
Dragisa, zaskoczona nieoczekiwanym efektem, stanela, jakby to ona teraz byla sparalizowana. Ogien, okrywajacy jej dlon, zgasl. D’Oberon pozbieral sie i chwycil syna w ramiona. Jednak na twarzy Rygora nie bylo juz znaku zycia. Jego klatka piersiowa byla rozerwana. Zebra sterczaly na wszystkie strony, a wnetrznosci byly wypalone do cna.
Zrozpaczony Francuz uniósl glowe i spojrzal wiedzmie w oczy.
– – zgrzytnal. – Jestes zadowolona?
– Zdrada? – wysapala oszolomiona wiedzma. – Jak smial mnie zdradzic?!
– Zatrulas jego dusze i umysl, , ale nie zatrulas jego serca!
– Brednie! – zachnela sie Dragisa. – To musza byc jakies czary!
Rozejrzala sie wokól. Przemknela wzrokiem po Plaweckim, wciaz próbujacym sie uwolnic, po walczacych wciaz wojownikach i zatrzymala sie na Pustóleckiej, która juz przestala wymiotowac. Teraz, ponownie spieta, obserwowala czujnie Dragise.
– Ty! – warknela wiedzma. – To twoja robota!
Syczac wsciekle, ruszyla w strone Pustóleckiej. Jednak Plawecki na twarzy Józefiny nie dostrzegl nic, poza obrzydzeniem. Stala wyprostowana i po prostu czekala. Zmierzyly sie przez chwile wzrokiem i, ku zdumieniu Plaweckiego, Dragisa zawahala sie. Zawahala sie, gdy tylko spojrzala Pustóleckiej w oczy. Jakby w jej duszy zobaczyla cos, co nia wstrzasnelo.
– Ciekawe… – mruknela wiedzma. – Bardzo ciekawe… Kto by pomyslal…
Ale zaraz sie otrzasnela.
– Niewazne. Nawet ty mi nie przeszkodzisz. Mój naród sie odrodzi. Nie po to przybylam do tego czasu, aby wszystko zaprzepascic. Ja…
Pomiedzy obwislymi piersiami Dragisy wyroslo nagle lsniace ostrze. Wiedzma chrypnela i z niedowierzaniem zerknela za siebie. Za nia stal Plawecki.
Caly czas walczyl, z ogarniajacym go paralizem, lecz bez rezultatu. Dopiero gdy Dragisa skupila cala swoja uwage na Pustóleckiej, odzyskal nieoczekiwanie wladze nad swoim cialem. Natychmiast tez wykorzystal okazje. Bez zastanowienia wbil miecz pomiedzy lopatki wiedzmy. Gdy sie obejrzala, szarpnal ostrzem, podrzucajac ja do góry. Jeknela. Chcial zadac jej ostateczny cios, lecz nie mógl uwolnic miecza. Wtedy zaparl sie noga o jej plecy i pchnal. Uwolniona od ostrza wiedzma poleciala do przodu i wpadla na Pustólecka, zalewajac ja cuchnaca posoka, lejaca sie z rany. Od zderzenia odpadla jej tez prawa piers, ukazujac wielka dziure w ciele, pelna larw. Rój robactwa posypal sie na Józefine. Ta wrzasnela i odepchnela wiedzme od siebie. Dragisa znów poleciala, tym razem do tylu. A tu juz czekal Plawecki z mieczem, który nie zamierzal zmarnowac takiej sytuacji.
Uniósl miecz i cial z rozmachem w szyje Dragisy. Ciamknelo obrzydliwie i glowa wiedzmy zwisla na bok. Jej cialo bylo twardsze, niz sadzil. Wzial zamach i uderzyl ponownie, pod nieco innym katem. Glowa Dragisy poleciala prosto w plonace ognisko, a jej cialo runelo pod nogi Pustóleckiej. Buchnal z niego cuchnacy dym, calkowicie zaslaniajac Józefine. Runela na kolana, krztuszac sie i próbujac zlapac oddech. Chmura dymu unosila sie przez chwile nad jej glowa, potem przybrala fioletowy kolor. Plawecki zdretwial. Wydalo mu sie przez chwile, ze dym przybral ludzki ksztalt. Trwalo to jednak tylko chwile. Potem dym rozwial sie bez sladu. Zaden slad nie pozostal tez po zwlokach wiedzmy, poza glowa skwierczaca w ognisku i cuchnacej, parujacej kaluzy w trawie. Pustólecka tkwila na kolanach, kaszlac i wpatrujac sie w cos, co trzymala w zacisnietej garsci.
Plawecki odetchnal z ulga i opuscil miecz. Skonczone. Wreszcie sie uwolnili od tego, wiszacego nad nimi, zagrozenia. Zycie Galindów bedzie teraz duzo latwiejsze. Musial jeszcze tylko pomóc resztkom, wciaz walczacych wojowników. Lecz gdy ruszyl ku nim, spomiedzy drzew wypadly dwie postacie. Rykiel i Troczek. Olbrzym natychmiast pognal ku walczacym, ryczac wnieboglosy. Zaraz tez przechylil szale.
Sploszeni rykiem i widokiem pedzacego na nich Troczka, Czarnozbrojni zamarli na chwile. Troczek wykorzystal to bezlitosnie. Machnal swoja maczuga raz i d**gi. Trzasnely kosci, chrupnela czaszka, czyjs mózg rozbryzgnal sie dookola. Którys z Czarnozbrojnych polecial pare metrów w tyl, jak szmata, przewracajac trzech swoich towarzyszy. Pozostali jeszcze przy zyciu wojownicy Galindów zawyli triumfalnie i rozerwali szyk, rzucajac sie na wroga.
Rykiel tymczasem przypadl do ojca i pomógl mu wstac. Zamarl na chwile na widok zwlok brata, potem spojrzal pytajaco na D’Oberona. Ten odepchnal syna.
– Rygor odkupil swa wine. Idz, pomóz naszym!
Rykiel poslusznie ruszyl ku walczacym. Nie bylo tam juz wiele roboty. Wprawdzie tych kilku zyjacych jeszcze Galindów, nie bylo juz w stanie walczyc z powodu ran, ale Troczek radzil sobie znakomicie. Szlo mu to tym lepiej, ze smierc wiedzmy zrobila na Czarnozbrojnych ogromne wrazenie. Nie wytrzymali naporu. Widzac nadbiegajacego syna Francuza, podali tyly. Uciekli miedzy drzewa, a Rykiel i Troczek popedzili za nimi. Na miejscu pozostali jedynie ranni.
D’Oberon pokustykal w strone Plaweckiego.
– Zniszcz kamien! – zawolal. – Bez tego powróci!
Kamien? A tak! Przeciez Dmusa wspominala, ze bez zniszczenia ametystu, nie da sie zabic Dragisy. Starannie przetrzasnal trawe, lecz bez rezultatu. Sprawdzil tez z obrzydzeniem kaluze cuchnacej posoki, ale na prózno. Kamienia nigdzie nie bylo. D’Oberon w miedzyczasie pomógl wstac Pustóleckiej. Byla blada i wciaz pokaszliwala, ale wygladalo, ze nie stala sie jej wieksza krzywda.
– Nie ma go nigdzie! – stwierdzil Plawecki. – Musial wpasc w ogien razem z glowa.
Obejrzal sie na rannych.
– Trzeba ich natychmiast opatrzyc!
– Ja sie tym zajme! – krzyknal Francuz. – Ty nie masz czasu. Spójrz tylko, mon ami! Chmury nadciagaja. Jesli zaslonia ksiezyc, wszystko przepadnie!
Plawecki zadarl glowe. Faktycznie, po nocnym niebie przesuwaly sie zwaly chmur. Nie bylo czasu do stracenia. Lada chwila moglo byc za pózno.
– Co z toba? – rzucil do Pustóleckiej, która wciaz sie krztusila.
– Nic – wychrypiala. – Nalykalam sie tylko tego paskudztwa.
– Szykuj sie!
Szybko zrzucil ubranie. Pustólecka poszla za jego przykladem i stanela naga tuz przy nim. Podala mu tez Korzen. Obrzucil ja ciekawym spojrzeniem. Dopiero teraz zauwazyl, ze jest równie gladka miedzy nogami, jak i on. Jak tego dokonala?! Czy to sprawka Dmusy?
– Uwazajcie! – wrzasnal D’Oberon. – Podpalam!
Przytknal plonaca szczape do rozsypanego prochu i oddalil sie pospiesznie. Plawecki wzial Józefine za reke, w d**giej dloni scisnal Korzen. Pustólecka wsunela za ucho Kwiat. Zmruzyli oczy i zamarli, w oczekiwaniu na wybuch. Jednak nic sie nie stalo. Proch buchnal wprawdzie plomieniem, który pomknal wzdluz rozsypanej sciezki, ale wkrótce zasyczal, zmalal i zgasl.
Francuz zaklal plugawie. Zawrócil z powrotem ku beczkom.
– Co sie stalo?! – wrzasnal Plawecki.
– Trawa zbyt wilgotna! – odkrzyknal D’Oberon.
– I co teraz? – spytala zaniepokojona Pustólecka.
– Spokojnie, , zaraz cos poradzimy!
Plawecki zerknal w góre. Chmury byly coraz blizej ksiezyca. Mimo zaslaniajacych drzew, widac bylo wyraznie, ze jest ich na tyle duzo, ze moga go zaslonic na wiele godzin. Ostatnia szansa mijala bezpowrotnie.
Szansa na powrót zmalala jeszcze bardziej, gdy sposród drzew wypadlo z wrzaskiem kilku Czarnozbrojnych. Byli to zwiadowcy, na których nie chciala czekac Dragisa. Przystaneli na chwile, zaskoczeni licznymi cialami, lezacymi wokól, ale zaraz podjeli atak. Nie wiedzieli nic o smierci Dragisy, totez nie zawahali sie ani chwili. Z miejsca uznali, ze trafil im sie latwy lup – kaleka i dwoje nagusów.
Plawecki schylil sie po miecz.
– – zawolal D’Oberon. – Zostancie na miejscu!
– Nie dasz rady sam! – wrzasnal Plawecki.
– To sie okaze! – odkrzyknal Francuz i odwrócil sie ku napastnikom z palaszem w jednej i plonaca szczapa w d**giej rece.
Czarnozbrojni, znajac jego umiejetnosci, nie ryzykowali jednak bezposredniego starcia. Zatrzymawszy sie w miejscu, rzucili w niego toporami. Dwa chybily, jeden zgruchotal mu zdrowe kolano, ostatni natomiast trafil w napiersnik z taka sila, ze D’Oberon, upusciwszy swój palasz, polecial w tyl i upadl miedzy beczki z prochem. Czarnozbrojni zarechotali triumfalnie i ruszyli powoli w jego kierunku, napawajac sie swoja przewaga. Plawecki patrzyl zrozpaczony, jak stary kirasjer gramoli sie bezradnie wsród beczek, usilujac bezskutecznie wstac. Ponownie schylil sie po miecz. Byl w tej chwili gotów zginac u boku Francuza. Jednak D’Oberon uchwycil jego ruch.
– – zawolal ponownie. – Musicie wrócic! Mój czas sie skonczyl!
Ku przerazeniu Plaweckiego, wyciagnal reke z plonaca szczapa ku beczkom. Czarnozbrojni, czujac co sie swieci, ruszyli z wrzaskiem na Francuza. Zagluszyli przy tym ostatnie jego slowa, jakie wyrzekl do Plaweckiego.
– Strzez… jej… Ona… … , zegnaj!
“Bede jej strzegl, przyjacielu! Badz spokojny!” pomyslal odruchowo Plawecki, nawet nie zastanawiajac sie, o kogo mu chodzi.
*
– Strzez sie jej, jak zarazy! – wydyszal D’Oberon. – Ona jest zlem, , zegnaj!
Obejrzal sie na Czarnozbrojnych. Byli tuz przy nim i wlasnie wznosili bron do ciosu. A daleko, za ich plecami, widzial wybiegajacego z lasu syna, z wyrazem przerazenia na twarzy.
– – wyszeptal i przytknal plonaca szczape do prochu.
*
Korzen w reku Plaweckiego rozjarzyl sie lodowatym ogniem, mrozac mu dlon. Nocne ciemnosci pojasnialy nagle, oslepiajac im oczy az do bólu. Potezny huk odbil im sie w uszach, a silny podmuch rzucil o ziemie. Z jasnosci zapadli w ciemnosc, o wiele ciemniejsza, niz jakakolwiek, która znali.
*
Daleko od Wzgórza, w pewnej chacie, lezaca na poslaniu stara kobieta otworzyla oczy i uniosla glowe.
– Ty tez to poczulas? – spytala mloda dziewczyne, siedzaca u wezglowia.
Dziewczyna otarla lze i skinela glowa.
– Tak – potwierdzila. – Odszedl. Wrócil do domu.
Stara opadla z powrotem na poslanie.
– I co ty teraz zrobisz, he? – spytala, silac sie na szyderstwo. – Zostalas sama. Nic ci po nim nie zostalo. Zadnej pamiatki nawet.
Zejga usmiechnela sie cieplo. Potem spojrzala w dól i dotknela swego brzucha.
– O nie, babko – powiedziala miekko, wciaz sie usmiechajac. – Zostawil mi pamiatke. Zostawil to, co mial najlepszego.

KONIEC AKTU d**gIEGO

No i teraz wlasnie mozemy podac aktorów tego Aktu…

DRAMATIS PERSONAE 2 – wystapili:

Osoby pierwszego planu

Henri Ignace D’Oberon – napoleonski kirasjer, uwieziony w innym czasie.
Dmusa – stara kaplanka Pikulasa, boga smierci. Zadna wrazen i emocji, zna odpowiedz na kilka waznych pytan.
Zejga – wnuczka Dmusy i jej nastepczyni. Zakochana w Plaweckim po uszy.
Dragisa – wiedzma i czarownica, rzadzaca krwawo, wraz z bratem, Galindami.
Kusaj – przywódca osady Galindów i brat Dragisy. Krwiozerczy i okrutny.
Druzgot – przywódca osady Jacwingów. Ma wiele zon i skrzetnie z tego korzysta.
Msciwój – stary wojownik z wiznienskiej strózy. Bardzo doswiadczony i szanowany.
Maslaw – samozwanczy ksiaze Mazowsza. Dumny, nadety i uparty.
Rykiel – syn D’Oberona, o dziwnej slabosci.

Osoby d**giego planu.

Dobieslaw – wojski Maslawa. Spelnia jego rozkazy bez wahania i nie kwestionuje ich nigdy. Prawie nigdy.
Scibor – grododzierzca Wizny. Utrata córki pozbawi go zmyslów.
Sedzimir – wlodarz Scibora. Najlepszy przyjaciel swego pana, powszechnie szanowany.
Slawko – przyboczny Maslawa. Nadety bardziej, niz jego pan, powszechnie znienawidzony.
Pokrzywa, Komosa, Macierzanka, Dziewanna – zony Druzgota.
Kakol – jedyny (po smierci starszego) syn Druzgota.
Sporysz – nauczyciel mlodziezy jacwieskiej.
Rygor – przyboczny Dragisy i starszy syn D’Oberona.
Prócz tego wystepuja – wojownicy slowianscy, galindzcy i jacwiescy, mieszkancy osad, okoliczna fauna.

I KOLEJNE PODSUMOWANIE

I tak oto zakonczylismy Akt d**gi. Znudzeni? Trzymajcie sie. Jeszcze tylko troche. Akt Trzeci nie bedzie juz taki dlugi. Choc dluzszy od Pierwszego. Seksu bedzie jeszcze mniej, by nie rzec, ze prawie wcale. Cóz, za bardzo fabula sie zajalem… Wyjasni sie za to pare spraw. Ujawnione zostana na przyklad pewne fakty z przeszlosci jednej z bohaterek. Akt Trzeci powinien takze spodobac sie warszawiakom, jako ze czesc akcji dzieje sie w stolicy.
Aha!!! Jezeli w Akcie d**gim byly potrzebne wiaderka, czy tez miednice, to w Akcie Trzecim wskazane beda chusteczki…
A na samym poczatku Aktu male trzesienie ziemi…

Bir cevap yazın

E-posta hesabınız yayımlanmayacak. Gerekli alanlar * ile işaretlenmişlerdir

gaziantep escort antep escort izmir escort karşıyaka escort malatya escort bayan kayseri escort bayan eryaman escort bayan pendik escort bayan tuzla escort bayan kartal escort bayan kurtköy escort bayan ankara escort kayseri escort