Uncategorized

KWIAT PAPROCI 28

KWIAT PAPROCI 28
Pustólecka z bracmi czekali na zewnatrz, coraz bardziej zaniepokojeni. Zaraz po wejsciu Plaweckiego, rozlegl sie tam lomot, jakby chalupa sie walil, lecz teraz panowala juz cisza. O ile Jasiek dreptal nerwowo tam i z powrotem, to Kuba lepiej nad soba panowal. Za to Józefina nie panowala nad soba ani troche.
– Co oni tam robia?! Moze sprawdzimy?
– Nie ma potrzeby – mruknal Kuba. – Chyba juz wiem, o co idzie.
– O co?! – podskoczyla Pustólecka.
W chalupie rozleglo sie raptem przerazliwe wycie. Pustólecka podskoczyla, a Jasiek przypadl do brata.
– Musimy tam wejsc! Pozabijaja sie, albo co!
– Nie – Kuba pokrecil glowa i, ku zdumieniu brata i Józefiny, usmiechnal sie szeroko. – Lucjan pomste na kowalu bierze.
– Jaka pomste? – spytali jednoczesnie Jasiek i Józefina.
– Na wzgórzu, zanim przyszliscie z Lucjanem, Walonek chwalil sie, ze omal nie wyruchal jakiegos chlopa, któren go wzial po ciemku za kobiete. Zdazyl w zemscie temu chlopu jedynie usta, ze tak powiem, zbeszczescic. Sadzac z opisu, to musial byc wlasnie Lucjan.
Kuba mrugnal znaczaco okiem. Józefine zamurowalo. Jaskowi opadla szczeka. Wycie w chacie nasilalo sie, wchodzac na coraz to wyzsze tony, by w koncu sie urwac. Zapadla cisza. Wkrótce z chaty wyszedl Plawecki. Szedl powoli, zakladajac rekawiczki.
– No i co? – spytala ciekawie Józefina.
– Nic, a co ma byc? – zdziwil sie Plawecki. – Zaplacilem, co bylem winien i juz. Mozemy isc.
Ruszyli do samochodu. Kuba znaczaco spojrzal na Pustólecka, która az trzesla sie, zeby cos powiedziec. Zmilczala, ale kosztowalo ja to bardzo duzo.
Przy furtce Kuba obejrzal sie jeszcze. Na zewnatrz wyszedl Walonek. Mial bardzo powazne problemy z poruszaniem sie, kazdy krok kosztowal go mnóstwo wysilku. Kuba usmiechnal sie pod nosem i ruszyl za innymi.
Plawecki równiez widzial Walonka, ale nie usmiechnal sie. Byl na siebie zly. Niepotrzebnie dal sie zaslepic zadzy zemsty. Gdy zobaczyl Walonka, zapomnial o wszystkim, nawet o Hance i bracie. Zapomnial nawet ze kowal byl przeciez w zalobie po smierci syna. Teraz, gdy bylo po wszystkim, palil go wstyd. Najzwyczajniej w swiecie, wyladowal swój ból i frustracje na niewinnym czlowieku, pod pozorem zemsty.
Gdy znalezli sie przy samochodzie, ujrzeli pedzaca ku nim Ewke. Dziewczyna przypadla do nich zdyszana. Jej piersi unosily sie w szalonym oddechu, falujac i wysuwajac sie z rozciecia koszuli, ale nie zwracala na to uwagi.
– Kwekacz przyszedl! – jeknela, gdy tylko zlapala oddech. – Przyprowadzil dziedzica i policje. Gadaja, co to dziedzica zmawialismy sie zabic i kosuwenk… kokwesen… konksewe…
– Konsekwencje? – podpowiedzial jej Lucjan.
– O wlasnie! Ze kunsekwencyje poniesiem za próbe mordu i w hareszt ludzi maja brac! Wszystkich z wioski spedzaja w jedno miejsce.
– Ten Kwekacz! – zgrzytnal zebami Jasiek. – Najwyzszy czas z tym skonczyc!
– Ciotka wie? – spytal Kuba dziewczyne.
– Zoska po nia poleciala – wysapala dziewczyna.
– Gdzie sa teraz? – spytal Plawecki.
– Na skrzyzowanie wszystkich spedzili, tam, gdzie Kwekacz wczoraj po mordzie dostal – wyjasnila dziewczyna.
Kuba z Plaweckim spojrzeli na siebie i usmiechneli sie jednoczesnie.
– Myslisz o tym, co ja? – spytal Lucjan.
– Ano, widzi mi sie, ze tak – Kuba wyszczerzyl zlosliwie zeby. – Jako Jasiek rzekl, najwyzszy czas z tym skonczyc.
– Idzcie tam we dwóch – polecil Plawecki. – Tylko bez dymu. A my za chwile podjedziemy.
– Dobra. Chodz, Jasiek!
Bracia pognali droga, Ewka za nimi.
– Nic nie rozumiem! – poskarzyla sie Józefina. – O co znowu chodzi?
– Zaraz ci wyjasnie – uspokoil ja Plawecki. – Zrobimy tak, posluchaj…
*
Na skrzyzowaniu nastal sadny dzien. Policjanci spedzali ludzi z calej wioski. Wiesniacy, zbici w kupe, czekali w ponurym milczeniu na rozwój sytuacji.
Przodownik, obserwowal robote swoich podwladnych z wielkim zadowoleniem. Co chwile ocieral chustka pot z czola. Dziedzic Rajfurski, nie pokazywal po sobie zadnych emocji. Czekal cierpliwie, az policjanci zaczna przesluchanie. Kwekacz natomiast nie byl w stanie ukryc dzikiej satysfakcji. Wreszcie ci dranie za wszystko zaplaca!
Do przodownika podszedl jeden z policjantów i zaczal mu cos szeptac na ucho. Policjant byl bardzo blady.
– Przeszukalismy wszystkie chalupy, panie starszy przodowniku! Wszedzie pelno rannych i okaleczonych.
– Znalezlismy tez mnóstwo trupów – uzupelnil d**gi policjant, równie blady. – Ludzie gadaja o jakims wybuchu. Niewielu jest w stanie chodzic o wlasnych silach.
Przodownik zmarszczyl brwi.
– Ranni i trupy po chalupach?! Cos takiego!
Grubas otarl pot z czola i zauwazalnie pobladl, wzorem swoich podkomendnych. Zastanawial sie chwile, jednak poczucie obowiazku wzielo góre i pan starszy przodownik ponownie poczerwienial.
– Pózniej sie to zbada – oznajmil sucho, starajac sie by podwladni nie wyczuli drzenia w jego glosie. – Teraz musza wystarczyc ci, którzy juz tu sa.
Do stojacej w tlumie Borowikowej przepchnal sie Kuba.
– Co sie dzieje, ciotko? Powiedzcie dokladnie. Ewka mówila cos, ale roztrzesiona jest strasznie.
– Oskarzaja nas, ze jakoby zmawialismy sie dziedzica ubic – wyjasnila Borowikowa. – Ze chcielismy dwór z dymem puscic, a ludzi rozgonic na cztery wiatry.
– To Kwekacza robota, nikogo innego! – zacisnal piesci Kuba.
– Oczywiscie, ze jego – Borowikowa rozejrzala sie. – A gdzies naszych gosci ostawil?
Kuba pochylil sie kobiecie do ucha i tlumaczyl cos chwile. Borowikowa zastanowila sie i na jej twarzy pojawil sie paskudny usmiech.
– To sie moze udac… Mysle…
Nagla wrzawa przerwala Borowikowej. Do przodu wystapil policyjny przodownik, czerwony jak burak.
– Sluchajcie mnie dobrze, chamy! – zaryczal gromko. – Jak wszyscy wiedza, doszlo tutaj do nieslychanej zbrodni – uknuto zamach na zycie wielmoznego pana dziedzica!
– Wszyscy? – mruknal Kuba. – Chyba wszyscy, poza wioskowymi…
Borowikowa uciszyla go gestem. Przodownik, podobny do nadetego indora, tokowal zawziecie dalej, zasluchany w swój wlasny glos jak gluszec.
– Wydajcie winnych owej zbrodni, albo niech sami wystapia! Obiecujemy im uczciwy proces! Jesli sami sie przyznaja do winy, policzy sie im to przy wyroku!
– Jaki laskawy! – syknal Jasiek, który nie wiedziec skad, wyrósl obok brata.
Kuba chcial cos powiedziec, ale przerwala mu Borowikowa, przepychajac sie do przodu. Zrobila pare kroków i stanela przed przodownikiem.
– Nikt tutaj, panie przodowniku, tego, o czym mówicie, nie zamierzal. To zwykle pomówienia sa. Tym bardziej, ze niepoparte zadnymi dowodami. A oskarzenie kogos, bez przedstawienia dowodów, lamaniem prawa jest, niczym innym.
Wydawalo sie przez chwile, ze przodownik padnie, tkniety nagla apopleksja. Zabulgotal dziwnie, zaczal rzezic, a oczy wyszly mu na wierzch. Ktos osmielil sie zakwestionowac jego slowa! I to w dodatku baba! Zanim jednak doszlo do potencjalnego nieszczescia, do przodu wyskoczyl Kwekacz.
– To ona! – krzyknal, wskazujac palcem na Borowikowa. – To ona wszystkich podburzala!
Niedoszla apopleksja przeszla przodownikowi, jak reka odjal. Usmiechnal sie jadowicie i wbil wzrok w Borowikowa.
– Taaak…? – przeciagnal. – A wiec, pani prawnik, moze dowodów brak, ale za to jest swiadek!
Borowikowa prychnela lekko i wzruszyla ramionami.
– A ja mam cala wioske swiadków. I co teraz? A co do tego waszego swiadka… Oskarza nas falszywie, aby…
– Podburzala ludzi, a oni jej pomagali! – zapial zdesperowany Kwekacz. – O, tam stoja! Ci dwaj dragale!
Wskazal na stojacych w tlumie braci Wrzosków. Przodownik wpatrzyl sie w nich, niczym wyglodnialy bazyliszek, a jego male oczka rozjarzyly sie radosnym triumfem.
– A chodzcie no tu do nas, kochaniency, chodzcie… – kiwnal palcem.
Kuba mrugnal na Jaska i obaj podeszli do przodownika. Gdy staneli przed nim, ten cofnal sie odruchowo, przytloczony ich ogromem. Obaj usmiechneli sie lekko. Policjant zauwazyl te usmiechy. Wsciekly na siebie, za te pare kroków w tyl, natychmiast ruszyl do ataku.
– Co macie do powiedzenia na swoja obrone, zanim was aresztuje?!
– A za co niby chce pan nas aresztowac? – Kuba usmiechnal sie jeszcze szerzej. – Czy dlatego, ze ten becwal oskarza nas z zemsty, bez zadnych dowodów?
– Dowody masz na twarzy wypisane! – ryknal roztrzesiony Kwekacz. – Gdy wczoraj na mnie napadl, morde mu stluklem, widac przeciez!
Wyciagnal oskarzycielsko reke, wskazujac na twarz Kuby, pokancerowana po walce z Plaweckim. Wrzosków zatkalo na taka bezczelnosc. Spojrzeli na siebie niedowierzajaco i wybuchneli serdecznym smiechem, który powoli udzielil sie wszystkim dookola. Sama mysl, ze mizerny Kwekacz, mógl zbic kogos takiego, jak Kuba, wydala sie ludziom arcysmieszna. Nawet przodownik poczerwienial, tym razem od smiechu.
Dziedzic Rajfurski do tej pory stal z tylu. Obserwowal uwaznie przebieg wydarzen, sluchal wywodów przodownika i Borowikowej, i milczal. Pojawienie sie braci Wrzosków skwitowal jedynie pelnym podziwu spojrzeniem. Gdy jednak wystapil Kwekacz, nie wytrzymal.
– Kwekacz! – zapiszczal. – Ty mialbys pobic tego chlopa?! Przestan lzec, bo pomysle, ze wszystko, co do tej pory mi mówiles, to tez klamstwo!
– Przysiegam, ze to prawda! – Kwekacz, zaciety w swym uporze, szedl dalej w zaparte. – Oni moga poswiadczyc!
Wskazal na gromadke folwarcznych, którzy przyszli tu z dworu zaspokoic swoja ciekawosc.
– To pewnie tez wytlumacza i to, dlaczego z twarzy Kuby jeszcze krew ciecze? – spytal ciekawie Jasiek.
Kwekacz posinial. Na swoja obrone znajdowal coraz mniej argumentów. Jedyny ratunek widzial w przodowniku, który koniecznie chcial kogos aresztowac, niewazne, winny, czy nie.
Jednak los nie byl dla Kwekacza laskawy. Bo oto rozlegl sie ryk silnika i na skrzyzowanie wjechal okazaly, lsniacy nowoscia, samochód. Wysiadly z niego dwie osoby. Ludzie natychmiast rozstapili sie przed nimi z szacunkiem. Mezczyzna, w eleganckim, drogim garniturze i kobieta w dlugiej, bialej sukni. Natychmiast otworzyla parasolke, oslaniajac sie przed sloncem. Obrzucila zebranych znudzonym spojrzeniem zmruzonych oczu i ziewnela dyskretnie.
Mezczyzna bawil sie para, trzymanych w rece, skórzanych rekawiczek. Przeciagnal po obecnych wzrokiem, na chwile wbil ciemne oczy w Kwekacza. Wciaz bawiac sie rekawiczkami, podszedl do przodownika i dziedzica Rajfurskiego.
– Co tu sie dzieje?! – spytal.
– A wam co do tego? – odburknal niechetnie przodownik. – Aresztowanie tu sie odprawia, uwazajcie lepiej, aby i was nie objelo!
Ciemnooki zmierzyl policjanta zimnym spojrzeniem.
– Kogo tu aresztujecie, panie starszy przodowniku, to sie jeszcze okaze. Na razie to ja zglaszam podwójne morderstwo, a do tego próbe zabójstwa, takze dwukrotna.
Przodownik wybaluszyl oczy na takie dictum. Nie wiedzial kompletnie, co powiedziec. Do przybysza podsunal sie natomiast Rajfurski.
– Mówil pan cos o morderstwach i próbie zabójstwa – pisnal. – Mnie tez tu planowano ponoc zabic i wlasnie to z panem starszym przodownikiem sprawdzamy, panie… nie doslyszalem nazwiska…
– Plawecki, Lucjan Plawecki – usmiechnal sie zimno ciemnooki. – A to moja narzeczona, panna Józefina Pustólecka. Z tych Pustóleckich…
Przodownik, który chcial wlasnie cos powiedziec, ponownie zamarl. Równiez dziedzic wrósl w ziemie. Nazwisko bogatego fabrykanta, wlasciciela najwiekszej w Polsce fabryki samochodów, bylo powszechnie znane. Chocby dlatego, ze bardzo wielu ludzi mialo dzieki niemu prace. Ale glównie dlatego, ze dbal o swoich pracowników, a ludzie w jego fabrykach i zakladach zarabiali wiecej, niz gdziekolwiek indziej. Plawecki bowiem, wzorem Johna Rockefellera, czesto dolaczal do robotników podczas pracy, wysluchiwal uwaznie ich uwag i nagradzal dobre pomysly. W razie jakiegos wypadku, placil poszkodowanemu robotnikowi, lub jego rodzinie, wysokie odszkodowanie. Róznil sie wiec tym od innych fabrykantów, którzy oszczedzali na ludziach, jak mogli i w ogóle sie z nimi nie liczyli i, wbrew pozorom, zaklady Plaweckiego osiagaly doskonale wyniki. Nie robil tego, co prawda, z dobroci serca, ale z wyrachowania. Uwazal bowiem, ze z niewolnika nie ma pracownika, a wszelkie strajki i protesty kosztuja go o wiele wiecej. Ludzie jednak o tym nie wiedzieli, zatem przez zwyklych pracowników Plawecki byl wrecz uwielbiany.
Jeszcze wieksze wrazenie zrobilo nazwisko Józefiny. Córka jednego z najbogatszych Polaków tutaj! Wlasnie tutaj! Przodownik nieoczekiwanie jakby sie skurczyl, a Rajfurski uklonil sie z szacunkiem.
– Tak wiec, panie starszy przodowniku, prosze kontynuowac – wycedzil Plawecki. – A jak sie pan sprawi, to moze wspomne o panu Januszowi. Mam sie z nim spotkac za pare dni.
– Januszowi? – wybelkotal policjant mocno czerwieniejac. – Jakiemu Januszowi?
– Jagrym-Maleszewskiemu – wyjasnil Plawecki. – Kochanie, kto nas zaprosil, on, czy jego zona?
– On, ale to jego zona chciala ze mna sie spotkac – ziewnela ponownie Józefina. – Ma pare pytan w kwestii zbytu na rynkach azjatyckich.
Nazwisko komendanta glównego policji, zrobilo na przodowniku jeszcze wieksze wrazenie. Z czerwonego zrobil sie fioletowy, a pot zaczal lac sie z niego strumieniami. Przemoczona na wylot chustka przestala spelniac swoje zadanie.
– Tak wiec, panie starszy przodowniku… Jak nazwisko prosze?
– Mmm… mmm… mmaa – przodownik zaczal miec powazne problemy z poprawnym wyartykulowaniem sie. – Mmmaaa… Maaa… Maslanka! Nikifor Maslanka!
– A wiec, panie starszy przodowniku Maslanka – kontynuowal Plawecki, zimno usmiechniety. – Oskarzam tego tutaj o podwójne morderstwo i dodatkowo, o próby zabójstwa!
Plawecki wskazal na Kwekacza. Ten podskoczyl, jak oparzony.
– Cooo! – wykrzyknal. – Nigdym nikogo nie zabil! NIgdym pana w zyciu nie widzial! Przysiegam!
Plawecki beznamietnie trzasnal go w twarz trzymanymi w rece rekawiczkami.
– Nie szermuj przysiegami, lajzo! A moze i teraz powiesz, ze mnie nie poznajesz?
Zdjal kapelusz, a Kwekacz smiertelnie zbladl. Dopiero teraz poznal Plaweckiego. Cofnal sie w tyl, belkoczac cos niezrozumiale. Plawecki, rad z wywolanego wrazenia, kontynuowal.
– Oskarzam wiec go o podwójne morderstwo i próby zabójstwa. Najpierw rzucil sie na mnie z szabla, potem usilowal zastrzelic. Widzieli to zreszta niektórzy z tu obecnych.
Plawecki machnal niedbale reka w strone wioskowych. Borowikowa, obaj bracia i niektórzy z wiesniaków, pokiwali glowami i zamruczeli potwierdzajaco. Oniemialy Kwekacz, na przemian, to bladl, to czerwienial. Za to przodownik Maslanka otrzasnal sie juz i teraz uwaznie sluchal Plaweckiego. Równie uwaznie sluchal dziedzic Rajfurski, mierzac Kwekacza, niewrózacym nic dobrego, spojrzeniem. Plawecki kontynuowal, a w jego glosie narastala furia.
– Napadl przy tym na mieszkanców wioski ze swoimi ludzmi. Omal panny Pustóleckiej przy tym nie skrzywdzono. Twierdzil, ze “kurew” musi nalapac na ucieche, a rozkaz taki sam pan dziedzic mu wydal. Zreszta podobno nie pierwszy raz tak wioske nekal…
Plawecki zawiesil glos i spojrzal znaczaco na Rajfurskiego. Ten zbladl.
– Nigdy nie wydawalem mu takiego polecenia! – wykrztusil. – Nakazalem jedynie, aby, jesli znajdzie chetne dziewczyny, do dworu je zaprosil, grzecznie i bez przymusu! I nie “na ucieche”, tylko do pracy. Pokojówka mi pilnie potrzebna.
Plawecki udal, ze wierzy slowom dziedzica i mówil dalej. Wpatrywal sie przy tym w Kwekacza, a w oczach gorzala mu zadza mordu. Widac bylo, ze z trudem powstrzymywal sie, by nie rzucic sie na ekonoma.
– A na koniec, dziewczyne, która w obronie wlasnej podrapala mu gebe, brutalnie zamordowal tej nocy, wraz z jej przyjaciólka. Wszyscy swiadkowie tej bijatyki slyszeli wyraznie, jak sie jej odgrazal! Ze ja “dopadnie i zalatwi”…
Niektórzy chlopi pokiwali glowami i zamruczeli potwierdzajaco. Przodownik Maslanka, juz chcial wydac swoim ludziom rozkaz, gdy odezwal sie Rajfurski.
– Zaraz, zaraz! – podniósl reke. – Jesli zamordowano je tej nocy, to on nie mógl tego zrobic, bo wyslalem go po policje. Przez caly czas byl z nimi, no, chyba ze opuscil ich na jakis czas.
Spojrzal na przodownika. Ten zrozumial nieme pytanie.
– Przez caly czas byl z nami i nigdzie nie odchodzil – oswiadczyl krótko. – Moi ludzie moga poswiadczyc.
Kwekacz odetchnal z ulga. Plawecki spochmurnial, lecz wobec oczywistych faktów nie mógl dluzej sie spierac. Kolejny z jego podejrzanych okazal sie niewinny. Ale znajdzie prawdziwego morderce, chocby to byla ostatnia rzecz w jego zyciu.
– No dobrze – przyznal z niechecia. – W tej kwestii sie pomylilem. A co z reszta? Z polowaniem na “kurwy” i próba zabójstwa?
– Z reszta? – mruknal Rajfurski.
Dziedzic wpil sie wzrokiem w Kwekacza, a ten zbladl jeszcze bardziej.
– Kwekacz! – piskliwy glos Rajfurskiego przeszedl w syk. – Co mi masz do powiedzenia w tej sprawie?!
Lysy ekonom przelknal sline. Jego usta poruszaly sie, niczym u konajacej ryby, nie wydajac zadnego dzwieku. Nie znajdowal juz slów na wytlumaczenie, a jego akcje spadaly drastycznie w dól. A za chwile zrobilo sie jeszcze gorzej. Rajfurski bowiem dostrzegl swoich ludzi, którzy przyszli tu w poszukiwaniu sensacji. Bylo wsród nich kilku, którzy brali udzial we wczorajszej bijatyce.
– Wy tam! – zapiszczal. – Chodzcie blizej i gadajcie, jak bylo! Smialo!
Folwarczni widzieli i slyszeli wszystko, co sie do tej pory dzialo. Bali sie Kwekacza i nie cierpieli go, jak zarazy. Totez teraz, gdy tylko zobaczyli, ze wypada z lask, natychmiast postanowili go pograzyc.
Jeden z nich, rosly chlop z wielkimi wasami, wystapil do przodu, mnac czapke w garsci.
– Poznaje cie! – stwierdzil Rajfurski. – Zowia cie Krukwa, czy tak?
– Ano, panie dziedzicu! – potwierdzil chlop.
– Mów, jak bylo!
– Bylo tak, jak ten wielmozny pan rzekl, prosze pana dziedzica – oznajmil Krukwa, wskazujac na Plaweckiego. – Jegomosc ekonom kazal nam dziewki sila chytac, a sam na wielmoznego z szabla sie rzucil, a potem z leworwera zastrzelic go chcial…
Inni chlopi potakneli skwapliwie. Kwekacz ponownie zsinial. Liczyl, ze zastraszeni przez niego folwarczni, stanal po jego stronie, ale srodze sie rozczarowal. Ryknal wiec dziko i rzucil sie na chlopa, ale policjanci chwycili go i przytrzymali. Twarz starszego przodownika Maslanki rozjasnila sie, niczym slonce. Jednak nie jechal tu na prózno. Oto wreszcie mial ofiare, która mógl odpowiednio sie zajac. Próba zabójstwa znanego fabrykanta! Moze dostanie awans na zastepce komisarza?! Albo nawet na komisarza?!
– Skuc go! – zakomenderowal, przepelniony szczesciem.
Obejrzal sie na Rajfurskiego.
– Mam nadzieje, ze nie ma pan nic przeciwko? W koncu to panski pracownik?
Rajfurski spojrzal zimno na Kwekacza. W jego wzroku nie bylo ani cienia litosci.
– Nie – odparl. – Mozecie go sobie zabrac. On juz nie jest moim pracownikiem. Naprawde wydawalo ci sie, ze sie o niczym nie dowiem?! – zwrócil sie bezposrednio do Kwekacza. – Musisz byc albo bardzo naiwny, albo bardzo glupi. Bierzcie go sobie!
– Jeszcze jedna chwileczke, panie dziedzicu! – wtracil sie Kuba.
– Tak, o co chodzi?
– Jest pan tu od niedawna, ale chyba pan slyszal, co tu sie stalo w czasie wojny?
– O co konkretnie chodzi? – zdziwil sie dziedzic.
– Chodzi o bitwe na brodzie i to, co stalo sie zaraz potem – wyjasnil Kuba.
– Slyszalem o bitwie – mruknal Rajfurski. – A potem… Wymordowano tu ponoc rannych, czy tak?
– Zgadza sie, panie dziedzicu – potwierdzil Kuba. – Wymordowano i rannych, i tych z naszych, którzy im pomagali.
– Faktycznie tragiczne – zgodzil sie dziedzic. – Nie rozumiem jednak, co to ma wspólnego z…
– Chodzi o to, ze pewien zdrajca wydal ich wszystkich czerwonym – Kuba podniósl glos. – Zdrajca tym byl brat obecnego tu ekonoma, zagorzaly komunista! A pan ekonom, jest takim samym komunista, jak jego nieslawny braciszek!
Na skrzyzowaniu zapadla smiertelna cisza. Wszyscy mieszkancy w napieciu czekali, co bedzie dalej. Starszy przodownik Maslanka byl caly w skowronkach. Nie dosc, ze niedoszly zabójca, to jeszcze komunista! Zostanie komisarzem, bez watpienia!
Plawecki patrzyl wyczekujaco na Rajfurskiego. Dziedzic byl w szoku i trudno bylo temu sie dziwic. Komunista wsród jego sluzby! Co za wstyd! Co powiedza na to jego przyjaciele?! Nie, nikt nie moze sie o tym dowiedziec! A moze…?
– To naprawde powazne oskarzenie – zaczal. – Ale to wcale nie znaczy, ze jest taki, jak brat. Próba zabójstwa, to jedno, ale bycie komunista?!
– Spytajmy wiec panskich ludzi – usmiechnal sie Plawecki. – Oni z pewnoscia wiedza niejedno. Na pewno próbowal ich agitowac. I zastraszac.
Kwekacz szarpnal sie, ale policjanci trzymali go mocno. Kuba kiwnal zachecajaco na folwarcznych. Do przodu ponownie wystapil Krukwa.
– Iscie, prawde gadacie, panie wielmozny – poklonil sie Plaweckiemu. – Nie jeden raz komune nam zachwalal, a i grozil czesto, aby kto sie nie wygadal. Po nocy przychodzili czasem do niego rózni, a u siebie na kwaterze, papiery rózne trzymie i ulotki.
Starszy przodownik Maslanka az sie poslinil z wrazenia. Niedoszly morderca, komunista i do tego z komunistycznymi papierami! Nie przegapi takiej okazji. Oprócz awansu, medal murowany!
– Wy czterej! – wskazal na policjantów. – Zabierzcie to scierwo. W miescie sie go przeslucha, jak nalezy. A potem wyslemy go do Warszawy, do Cytadeli. Tak sie nim odpowiednio zajma.
Kwekacz posinial po raz kolejny. Ponownie sie szarpnal, a z gardla wyrwalo sie dzikie rzezenie.
– Zabijcie mnie lepiej, scierwa! – wycharczal. – Zabijcie lepiej na miejscu!
– Nie kwekaj, panie Kwekaczu! – zarechotal Maslanka. – Na pewno ci sie spodoba w przytulnej celi! Panowie sledczy takze odpowiednio sie toba zajma. Oni tam lubia takich jak ty. Reszta ze mna do dworu. Zrobimy rewizje. Wskaze pan droge, panie dziedzicu?
– Nie – zaprzeczyl Rajfurski. – Mam tu jeszcze cos do zalatwienia. Sa tu ludzie ze dworu, oni pana zaprowadza.
– Niech i tak bedzie – przodownik skinal glowa. – W droge!
Dwie grupy policjantów, jedna prowadzona przez dworskich, ruszyly w dwóch róznych kierunkach. Rajfurski patrzyl za nimi. Gdy znikneli z oczu, odwrócil sie. Ludzie z wioski tez zaczeli sie rozchodzic. Zostali tylko Plawecki z Józefina, Borowikowa i obaj bracia. Do nich wlasnie zwrócil sie dziedzic.
– Chcialem wszystkich przeprosic – zapiszczal. – Nie wiedzialem, ze ten dran tak sie zachowal. Przysiegam, ze nigdy mu nie kazalem nikogo sila brac.
Borowikowa spojrzala na Rajfurskiego z sympatia.
– Nie turbujcie sie tak, panie dziedzicu. My tu wszyscy dobrze wiemy, jaki byl z niego dran. Dawno juz zemste nam zaprzysiagl za brata.
– Zemste? – zdziwil sie Rajfurski.
– Gdy czerwoni wtedy uciekali, nasi ludzie dopadli go i odplacili za wszystko – wyjasnil Kuba i spojrzal znaczaco na Rajfurskiego.
– Ach tak… – mruknal dziedzic. – Teraz wszystko jasne.
Spojrzal na obecnych.
– Jeszcze raz przepraszam. Gdybym mógl wam w czyms jakos pomóc, tylko powiedzcie.
Borowikowa ponownie spojrzala na niego z usmiechem. Odpowiedzial jej tym samym. Okazalo sie, ze dziedzic Rajfurski jest jednak porzadnym czlowiekiem.
– Powiedzcie no mi, panie dziedzicu… – zagadnela go Borowikowa. – Od dawna macie takie klopoty z glosem? Od urodzenia, czy pózniej to sie stalo?
Dziedzic spochmurnial. Widac bylo, ze jest to dla niego bardzo bolesny temat.
– Gdy bylem maly, przeziebilem sie ciezko – pisnal. – I od tego wlasnie czasu…
Urwal. Borowikowa pokiwala ze zrozumieniem glowa i zaczela grzebac w swoich sakiewkach. Po chwili wyjela malutka fiolke. Tym razem jej zawartosc byla pomaranczowozlota. Podala ja Rajfurskiemu.
– Wypijcie to, panie dziedzicu, ale koniecznie jednym haustem.
– A cóz to takiego? – dziedzic wzial fiolke do reki i ogladal na wszystkie strony.
– Wypijcie – zachecil go Plawecki. – Na pewno nie zaszkodzi. Próbowalem juz jednego specyfiku pani Borowikowej i efekt byl bardzo zadowalajacy…
Rajfurski zerknal na niego spod oka, potem lypnal na Borowikowa.
– Jednym haustem, co?
– Tak. – pokiwala powaznie glowa – To bardzo wazne.
– No dobra.
Dziedzic przechylil fiolke i wlal sobie zawartosc do gardla. Borowikowa odsunela sie w tyl. Wszyscy w napieciu wpatrywali sie w dziedzica. Ten stal, oblizujac usta, potem wzruszyl ramionami.
– Nie rozumiem, o co tyle zachodu – zapiszczal. – Nic sie…
Urwal nagle i zlapal sie za gardlo. Zaskrzeczal przerazliwie, zachrypial, wytrzeszczyl oczy i runal na ziemie, wierzgajac nogami. Plawecki schylil sie, by mu pomóc, ale Borowikowa go powstrzymala.
– Zostawcie, to zaraz minie.
– Jestescie pewna? – Plawecki spojrzal z niepokojem na Rajfurskiego, tarzajacego sie po ziemi. – Jakos dziwnie reaguje. Jesli cos mu sie stanie, nie bede mógl wam pomóc.
– Tak musi byc – potwierdzila. – Inaczej zawsze juz bedzie tak piszczal. O, juz mu przechodzi.
Faktycznie. Rajfuski przestal sie miotac. Powoli dzwignal sie z ziemi na czworaki, potem wstal z duzym trudem. Gdy w koncu sie podniósl, w jego oczach lsnila wscieklosc.
– Ty stara kurwo! – zaryczal donosnie. – Chcialas mnie otruc?!
Zachichotali odruchowo. Glos Rajfurskiego zmienil sie radykalnie. W niczym nie przypominal juz dawnego, dzieciecego pisku. Jednak Rajfurski, zaslepiony zloscia, jeszcze tego nie zauwazyl.
– No i czego sie, kurwa, cieszycie?! – wrzasnal, az im zadzwonilo w uszach. – Przeciez…
Urwal nagle, a jego oczy otworzyly sie szeroko.
– O kurwa… – mruknal, po czym powtórzyl jeszcze kilka razy, coraz glosniej. – Kurwa, kurwa, kurwa!!!
Zachichotali ponownie.
– No wreszcie! – Borowikowa usmiechnela sie szeroko. – Myslalam, ze juz sie pan dziedzic nie zorientuje.
– No i jak? – spytal Plawecki.
– Istny cud! – mruknal zachwycony Rajfurski, po czym zadeklamowal donosnie. – Litwo! Ojczyzno moja! Ty jestes jak zdrowie…
– Wyglada, ze wszystko poszlo dobrze – stwierdzil Kuba.
– Czyzbys watpil w moje umiejetnosci? – rzucila wyzywajaco Borowikowa.
– Alez skad, ciotko! – zaoponowal gwaltownie Kuba. – Nigdym w ciebie nie watpil…
Ogluszyl ich nagle donosny ryk. Zachwycony dziedzic nadal wypróbowywal swój nowy glos.
– O sole mio sta’nfronte a te!!! – zaintonowal pieknym barytonem.
Zamarli w zdumieniu. Rajfurski tymczasem wyspiewywal reszte arii, niczym zawodowy spiewak operowy. Gdy skonczyl, podskoczyl jak mlody zrebak i podszedl do Borowikowej.
– Dzieki ci, pani! – chwycil ja za reke i ucalowal jej dlon kilka razy. – Do konca zycia wam sie nie wywdziecze! Wybaczcie, ze kurwa was nazwalem!
Borowikowa spiekla raka i wyrwala mu dlon. Potem trzepnela w ucho Jaska, szczerzacego glupio zeby. Uszczesliwiony Rajfurski kontynuowal.
– Gdybym mógl cos dla was zrobic, tylko powiedzcie. To dotyczy oczywiscie calej wioski. A moja oferta caly czas tez jest aktualna. Gdyby jakas dziewczyna zechciala pracowac we dworze…
– Dziekujemy panu dziedzicowi za laske – odparla spowazniala nagle Borowikowa. – Jednak na ta chwile nikt do was sie nie zglosi. Spotkala nas tej nocy wielka tragedia i minie wiele czasu, nim wszystko wróci do normy.
– Tragedia? – dziedzic oslupial. – A co sie stalo?!
– Podczas Kupalnocki rozpalilismy jedno z ognisk, na zarytych w ziemi, pociskach artyleryjskich – wyjasnil Kuba. – Mnóstwo ludzi poginelo. Jeszcze wiecej jest rannych i okaleczonych.
Rajfurski zlapal sie za glowe. Taki ogrom nieszczescia byl dla niego nie do pojecia. Wprawdzie przodownik cos tam mu mówil, ale wtedy nie sluchal go zbyt uwaznie. Za to Plawecki nagle sie ozywil.
– Wracam natychmiast do Warszawy – oznajmil. – Przysle tu najlepszych lekarzy. Zaplace za wszystko, nie musicie sie o nic martwic.
– Nie, to ja zaplace! – obruszyl sie Rajfurski. – Ci ludzie sa moimi najblizszymi sasiadami.
– Nie licytujcie sie – uciela spór Borowikowa. – Jesli chcecie i mozecie, pomózcie. Za kazda pomoc bedziemy wdzieczni.
Uspokoili sie. Spojrzeli na siebie z usmiechem i uscisneli sobie dlonie.
– Ma racje – stwierdzil Plawecki. – Nie ma co sie licytowac.
– Zgadza sie – potwierdzil Rajfurski. – W takiej chwili kazda pomoc jest tu potrzebna. Proponuje zebrac wszystkich rannych w jednym miejscu, zeby lekarze mieli latwiej.
– Jak powiedzialem, wracam natychmiast – rzekl Plawecki. – Przysle najlepszych lekarzy, stac mnie na to. A po drodze tez bede szukal i przysylal pomoc. Józefina mi pomoze, prawda?
Obejrzal sie. Pozostali tez zaczeli sie rozgladac. Pustólecka zniknela.
– Gdzie sie podziala panska narzeczona? – zaniepokoil sie Rajfurski.
– Nie mam pojecia – wyznal Plawecki. – Jeszcze przed chwila tu byla.
Rozgladali sie z niepokojem dookola.
– A moja narzeczona wcale nie jest – Plawecki mrugnal do Rajfurskiego. – Udawalismy tylko przed tym przodownikiem.
Rajfurski zachichotal.
– W takim razie to bylo dobrze zagrane.
Plawecki tez sie usmiechnal, ale zaraz spochmurnial.
– Dalej! – zakomenderowal. – Musimy ja znalezc!
*
Byla silna. Silniejsza, niz mozna by sie spodziewac. Ciagle stawiala opór, ale bylo tylko kwestia czasu, kiedy ja zlamie. A kiedy ja zlamie, wszystko stanie sie o wiele prostsze.
*
Gdzie ona mogla sie podziac? Przeciez przed chwila tu jeszcze byla! Plaweckiego ogarnial coraz wiekszy niepokój.
Rozstali sie z Rajfurskim. On wrócil do dworu, a oni, rozdzieliwszy sie, zaczeli szukac po wiosce Józefiny. Plawecki poszedl droga miedzy chalupami, rozgladajac sie na wszystkie strony. Moze zemdlala i lezy gdzies teraz nieprzytomna? Od czasu powrotu meczyly ja przeciez jakies bóle glowy.
Gdzies, spomiedzy oplotków, dolecialy go kobiece glosy. Moze one widzialy Józefine? Ruszyl w tamtym kierunku. Gdy doszedl do sporej szopy zatrzymal sie. Glosy dochodzace zza jej rogu byly znajome. Jeden nalezal do Pustóleckiej, bez watpienia. Ale d**gi… Po plecach przelecial mu dreszcz. Skad on go znal? Slyszal go juz, slyszal na pewno, ale okolicznosci tego zdecydowanie nie byly przyjemne. Znowu poczul ból w potylicy. Podszedl blizej.
– Trzymaj sie ode mnie z daleka! – mówila Józefina.
– Dobrze wiesz, ze tak sie nie da – syczal d**gi glos. – Nie pozbedziesz sie mnie tak latwo. Wlasciwie to wcale.
– Znajde sposób! – warknela Pustólecka. – Pozalujesz, ze to zrobilas!
– Pekniesz, kochana, pekniesz! – zasmial sie d**gi glos. – To tylko kwestia czasu. I doskonale o tym wiesz.
– Precz! – wrzasnela Józefina. – Nigdy ci sie nie uda! Zostaw mnie w spokoju!
Plawecki nie czekal dluzej. Skoczyl do przodu. Gdy jednak wypadl zza rogu, zastal tam tylko Pustólecka, trzymajaca sie za glowe. Po jej rozmówczyni nie zostal nawet slad.
– Kto tu byl?! – spytal gwaltownie.
– Byl? Tu? – wydawala sie pólprzytomna. – Kto byl?
– No, kto tu byl?! – zniecierpliwil sie. – Z kim rozmawialas? Klócilas sie z kims, przeciez slyszalem!
– Rozmawialam? – pytania Plaweckiego jakby do niej nie docieraly – Z kim rozmawialam?
– No wlasnie! – zlapal ja za ramiona i potrzasnal. – Przeciez ktos ci grozil! Jakas kobieta!
– Kobieta? Grozila?
Pustólecka patrzyla na niego nieprzytomnie. A kiedy juz myslal, ze mu odpowie, zdecydowala sie zemdlec.
*
Licho go nadalo wlasnie teraz! Jeszcze chwila, jeszcze moment i bylaby jej. Teraz znowu musi czekac. Ale nic to. Czasu miala mnóstwo.
*
– Nic jej nie bedzie. To tylko chwilowe omdlenie.
Borowikowa otarla rece i z niechecia spojrzala na Pustólecka. Ta lezala na lózku z zamknietymi oczami i spala. A przynajmniej tak wygladalo.
– Nie wiesz, co moze jej dolegac? – spytal Plawecki. – To nie jest normalne. Od czasu powrotu tak sie zachowuje.
Borowikowa zawahala sie na ulamek sekundy.
– Nie wiem, to musi byc udar, albo cos w tym rodzaju… – odpowiedziala z wahaniem. – Pewnie za duzo na sloncu przebywala.
Plawecki instynktownie czul, ze kobieta nie mówi mu prawdy. Zamierzal ja przycisnac, ale raptem sam zostal przycisniety.
– A o jakim to powrocie mówisz? – Borowikowa wpila sie w niego swoimi kocimi oczami. – Przeciez przez caly czas byliscie na Wzgórzu.
Plawecki zapomnial jezyka w gebie. Czy ma jej o wszystkim opowiedziec? Borowikowa cisnela go dalej.
– No wiec? Czy chcesz mi o czyms powiedziec?
Plawecki zastanawial sie goraczkowo. Przeciez Borowikowa wiedziala niemal wszystko o Korzeniu. Na pewno nie wezmie tego wszystkiego za wymysl. A jesli omdlenie Józefiny ma jakis zwiazek z pobytem w innym czasie, to tylko Borowikowa moglaby tu pomóc.
Opowiedzial. Streszczal sie, jak potrafil, ale i tak zabralo to troche czasu. Borowikowa sluchala, nie przerywajac ani slowem. A gdy skonczyl…
– Opowiedz mi jeszcze raz, ze wszystkimi szczególami, jakie pamietasz, chwile waszego powrotu.
– Nasz powrót? – zdziwil sie. – Po co?
– Opowiedz, prosze – poprosila miekko, mimo ze wyczuwal, jak bardzo jest spieta.
Spelnil jej prosbe. Po wysluchaniu wszystkiego jeszcze raz milczala tak dlugo, ze az sie zniecierpliwil.
– No i?! Wiesz, co jej dolega?
– Wyglada mi to na rodzaj zatrucia – wyjasnila z ociaganiem. – Pewnie nawdychala sie tej mgly, albo… czegos innego. Przejdzie z czasem.
Czul, ze znowu nie mówi mu prawdy. Czul, ze ukrywala cos przed nim. Jednak, nim zarzucil ja pytaniami, Józefina jeknela i otworzyla oczy.
– Co… co sie dzieje? – spytala.
– Myslalem, ze ty nam powiesz? – powiedzial Plawecki.
– Ja? – Pustólecka ponownie jeknela i zlapala sie za glowe. – Co niby?
– Z kim rozmawialas, zanim stracilas przytomnosc? Co za kobieta ci grozila?
Pustólecka obrzucila go niechetnym spojrzeniem. Przez chwile wydalo mu sie, ze oczy ma zupelnie czarne. Chyba dlatego, ze miala glowe w cieniu.
– Kobieta? Grozila? Nic nie pamietam. Nie przeslyszales sie przypadkiem?
Byl niemal pewny, ze klamie. Najpierw Borowikowa, teraz ona! Co tu jest grane?!
– Nie chcesz mówic, to nie mów! – burknal. – Ale nie rób ze mnie wariata! Jesli masz jakis problem, wiesz, ze mozesz na mnie liczyc.
Zmiekla.
– Wiem, Lucjanie – usmiechnela sie cieplo. – Przepraszam. Ale ja naprawde nic nie pamietam.
Westchnal. To nie mialo sensu. I tak mu nic nie powie. Szkoda czasu, i tak juz go dosyc stracili. Musial natychmiast wracac do Warszawy po pomoc dla wioski.
Szybko wyjasnil Józefinie, w czym rzecz. Natychmiast sie ozywila.
– Masz racje! – stwierdzila. – Musimy natychmiast wracac. Kazda pomoc jest potrzebna.
Wyszli z chaty. Na zewnatrz, przy furtce, stal juz samochód, przyprowadzony przez Kube. Czekali tez obaj Wrzoskowie, Ewka i Zoska. Jeszcze raz usciskali serdecznie Plaweckiego. Potem pozegnali Józefine.
– Moze jednak zostaniecie na pogrzeb? – spytal Jasiek.
Borowikowa syknela, a Kuba bezceremonialnie wbil bratu lokiec pod zebro.
– Nie – usmiechnal sie smutno Plawecki. – Naprawde, lepiej bedzie, jak pojedziemy. Pamietaj, ze pomoc tu jest potrzebna.
– Tak, oczywiscie – mruknal Jasiek, rozcierajac obolaly bok.
– Bedziesz pamietac o medaliku? – spytal Plawecki Kube.
– Jasne – Kuba skinal powaznie glowa. – Nie zapomne.
– Czekajcie!
Józefina zaczela grzebac nagle w torebce. Po chwili wydobyla z niej Kwiat.
– Wezcie to! – podala Kwiat Kubie. – Mnie nie jest potrzebny, a wam sie przyda. W ostatecznosci pochowajcie go z Hania.
Zamilkli. Czyn Pustóleckiej wprawil ich wszystkich w zdumienie. Moze poza jedna osoba. Tylko jedna osoba wiedziala, dlaczego Pustólecka nie potrzebuje Kwiatu.
– Dziekujemy – rzekl w koncu Kuba. – To naprawde hojny dar.
– Nie ma za co – usmiechnela sie Józefina.
Wsiadla do samochodu. Plawecki zajal miejsce za kierownica i ruszyl. Widzial w lusterku machajacych przyjaciól. Te pare dni, bo znal ich pare dni zaledwie, zblizylo go ogromnie do tych ludzi. Byli mu tak bliscy, jak nikt do tej pory. Z trudem przelknal sline przez scisniete gardlo.
Wysunal reke przez okienko i machnal w odpowiedzi. Józefina wychylona przez d**gie okienko, machala takze. Po chwili Plawecki dodal gazu i wyjechali poza oplotki. Wkrótce Paprotnia zniknela im z oczu.
*
Samochód zniknal im z oczu. Borowikowa opuscila reke, Kuba równiez. Jasiek otarl lze z oka. Dziewczyny chlipaly.
– Idzcie do chalupy – zwrócila sie Borowikowa do dziewczyn. – Ja tez tam zaraz przyjde.
Poszly poslusznie, o nic nie pytajac. Borowikowa odwrócila sie do braci.
– A wy… Mam dla was robote. Sluchajcie uwaznie…
*
Przez bardzo dlugi czas jechali w milczeniu. Oboje byli pograzeni we wlasnych, glównie niezbyt wesolych, myslach. Plawecki prowadzil instynktownie niemal, prawie nie zwracajac uwagi na to, co sie dzieje na drodze. Pustólecka przez caly czas gapila sie w okno, ale jej spojrzenie jasno dawalo do zrozumienia, ze jest nieobecna duchem. Jednak to ona pierwsza przerwala milczenie.
Mineli wlasnie Ostrów Mazowiecki, gdy chwycila go za ramie.
– Zatrzymaj sie, Lucjanie!
– Tutaj? – Plawecki ze zdziwieniem rozejrzal sie po otaczajacych ich lakach, miedzy którymi akurat jechali. – Znajdzmy ci jakies krzaki.
– Nie o to chodzi. Zatrzymaj, prosze!
Zjechal poslusznie na pobocze i wylaczyl silnik.Potem odwrócil sie do Józefiny.
– Slucham, o co chodzi?
Pustólecka zbierala przez chwile slowa. On czekal niecierpliwie, bebniac palcami po kierownicy.
– Lucjanie – zaczela, bardzo, jak na nia, niesmialo… – W ciagu ostatnich dni wiele sie wydarzylo. Przezylismy jeszcze wiecej. Wielokrotnie ocieralismy sie o smierc, zwlaszcza ty. Uwazam, ze te przezycia nie pozostaly bez wplywu na nasze wzajemne relacje.
Mówila dalej, a jemu coraz nizej opadala szczeka. O co jej, u licha, chodzi?! Czy ona ma zamiar mu sie…?
Pustólecka tymczasem zblizala sie do konca swojej przemowy.
– Jakis czas przed naszym wyjazdem poprosiles mnie o cos. Odmówilam ci wtedy, a nawet wysmialam, za co teraz przepraszam. Jestes naprawde wspanialym mezczyzna. A wiec teraz, o ile sie nie rozmysliles, przyjmuje twoja propozycje. Zostane twoja zona, jesli tylko chcesz.
Plaweckiego zatkalo. Mógl spodziewac sie po niej wszystkiego, ale to?! Oczywiscie, cala jej przemowa wskazywala, ze zmierza do czegos takiego, jednak nie przypuszczal, aby naprawde zdobyla sie na to kiedykolwiek. Teraz zastanawial sie goraczkowo, co ma jej odpowiedziec.
Jeszcze wczoraj skakalby z radosci na takie slowa. Wczoraj, to znaczy, przed Kupalnocka. Przeciez wyruszyl w te podróz wlasnie po to, aby ja do siebie przekonac. Aby ja poslubic i dobrac sie do jednego z najwiekszych majatków w kraju. Teraz wszystko diametralnie sie zmienilo. Przestalo mu zalezec na czymkolwiek. Slub, jak i polaczenie majatków przestaly miec znaczenie. Jedyna kobieta, która naprawde kiedykolwiek kochal, nie zyla. Wszystko stracilo sens i zadne malzenstwo nie moglo tego zmienic.
Ale z d**giej strony… Co innego mu pozostalo? Kiedys bedzie przeciez musial sie ozenic. To bylo nieuniknione. Skoro Pustólecka byla chetna… Jaka inna kobieta znala go tak dobrze? Skrzywil sie. Ból w tyle glowy stal sie raptem nie do zniesienia.
Wahal sie, myslal, rozwazal wszystkie “za i przeciw”, a ona czekala niecierpliwie, jak on chwile wczesniej. Nie przerywala jednak jego milczenia. Wiedziala, ze musi wszystko przemyslec.
– Józefino – zaczal. – Nie moge…
Patrzyl przed siebie, wiec nie zauwazyl, ze jej oczy dziwnie pociemnialy.
– …nie moge teraz dac ci odpowiedzi – dokonczyl, a ona sie rozluznila. – Musze to wszystko przemyslec. Tak jak powiedzialas, wydarzylo sie wiele rzeczy. Wiele rzeczy trudnych, ciezkich, bolesnych, których nie sposób cofnac. Daj mi, prosze, troche czasu, zanim ci odpowiem.
Objela go bez slowa za szyje i przytulila sie do niego. Usmiechnal sie smutno. Jego oczy byly pelne wilgoci.
– Oczywiscie. Potrzebujesz czasu. Rozumiem to.
Powiedziala to cieplo i serdecznie, ale przeczyly tej serdecznosci jej oczy. Pocalowala go w policzek. Akurat w tym momencie odwrócil ku niej glowe i ich usta sie zetknely. Rozesmiali sie. W tej samej chwili ponownie doleciala go delikatna won zgnilizny. Wydobywala sie… z ust Pustóleckiej! Odruchowo cofnal glowe.
– Co sie stalo? – spytala, widzac obrzydzenie malujace sie na jego twarzy.
– Smierdzisz – stwierdzil, wyzwalajac sie z jej objec. – Czuc ci z ust zgnilizna.
– Coooo?! – syknela.
Jej oczy ponownie pociemnialy. Zrobily sie niemal czarne, ale znów tego nie zauwazyl, bo odwrócil sie w strone uchylonego okna.
– Jaka zgnilizna? – syknela, a ten syk wydal mu sie przez chwile znajomy. – Oszalales?!
– Nie wiem – burknal, przekrecajac kluczyk w stacyjce. – Moze nalykalas sie na wzgórzu tej magicznej mgly i jeszcze ci nie przeszlo. Po prostu.
– Mgly? – zdziwila sie.
Chuchnela sobie w dlonie, powachala i skrzywila sie z odraza.
– Masz racje, faktycznie troche smierdze. Przepraszam.
Plawecki ruszyl. Józefina ciagle sie obwachiwala.
– Jak sie tego pozbyc?!
– Nie wiem – wzruszyl ramionami, nie odrywajac wzroku od drogi. – Moze po prostu umyj zeby?
Obrazila sie. Do konca drogi nie odezwala sie juz ani slowem.
*

Bir cevap yazın

E-posta hesabınız yayımlanmayacak. Gerekli alanlar * ile işaretlenmişlerdir

gaziantep escort antep escort izmir escort karşıyaka escort malatya escort bayan kayseri escort bayan eryaman escort bayan pendik escort bayan tuzla escort bayan kartal escort bayan kurtköy escort bayan ankara escort kayseri escort marmaris escort fethiye escort trabzon escort film izle bursa escort bursa escort bursa escort esenyurt escort avcılar escort ankara escort çapa escort mersin escort keçiören escort konuşanlar izle mersin escort kızılay escort escort ankara hack forum eryaman escort escort demetevler escort ankara escort bayan